RELACJE WOLONTARIUSZY

Czerwonowłosa na krańcu świata

Czerwonowłosa na krańcu świata – to tytuł artykułu przygotowanego przez naszą wolontariuszkę Klaudię, która spędziła wrzesień w portugalskiej organizacji Contextos w ramach projektu krótkoterminowego „Uncover Your Potential”. Projekt „Uncover Your Potential” został sfinansowany z Europejskiego Korpusu Solidarności 

Zapraszamy do lektury oraz do aplikowania na wolontariaty

ZWYCZAJNIE SIĘ ZACZĘŁO 

Podróże to coś co kochałam od małego. Niewidzialna machina teleportacyjna, która napędzała we mnie ciekawość, chęć odkrywania, chęć ruszenia w nieznane. Wiele ludzi powiada, że apetyt rośnie w miarę jedzenia. W tym przypadku muszę się z nimi zgodzić. Za każdym razem kiedy wyruszam na obczyznę czuję wiatr we włosach, wolność w sercu i dzikość w umyśle. Tym razem moje drogi nie co się poblokowały, ale nie po to abym nie dotarła do celu, ale po to abym dotarła tam gdzie powinnam. Styczeń rok 2019, mnóstwo planów, marzeń i jeszcze więcej obietnic które los niedługo miał pokrzyżować. Planowałam Ibizę, piaszczyste plaże i dużo pracy na gorącym słońcu. To właśnie w styczniu w 2019 roku odbyłam kurs na animatora który miał mi posłużyć w bliskiej przyszłości. Dokładnie rok później w lutym wylądowałam na castingu, gdzie przedstawiono mi ofertę pracy na gorących wyspach. Ucieszyłam się, zgodziłam i powoli zaczęłam wyobrażać sobie nadchodzące wakacje. Jeszcze wtedy nie wiedziałam, że los pisze dla mnie zupełnie inną historię, dużo bardziej zawikłaną i dużo bardziej interesującą. Na tamtą chwilę byłam przekonana, że już niedługo po zdanych egzaminach wskoczę w hotelowy uniform po to, aby zabawiać gości nad basenem i topić się przy okazji we własnej skórze. Jednak w marcu sytuacja nieco zakłóciła moje wakacyjne wizualizacje. Świat w mgnieniu oka obrócił się o 180 stopni, a w moim  sercu pojawiła się obawa. Plany, które miałam nagle stanęły pod wielkim znakiem zapytania, a ja sama byłam w kropce. Gdyby jeszcze sytuacja zależała ode mnie mogła bym coś wskórać jednak w tym wypadku nie było drogi wyjścia, pozostało czekać. Wiele ludzi szczerze wątpiło w moje wakacyjne plany, jednak ja nie traciłam nadziei. Wiedziałam, że jeśli nawet nie spędzę trzech miesięcy na gorącej wyspie to spędzę je gdzieś indziej. Dlaczego byłam taka pewna siebie? Dlaczego ślepo ufałam losowi który z dnia na dzień oblewał mnie coraz to zimniejszą wodą rzeczywistości? Dlaczego mimo trudności losu nie pozwoliłam  obedrzeć się z marzeń? Moi drodzy czytelnicy powód jest prostszy niż się wydaje: zbyt dobrze znam siebie by uwierzyć, że jakakolwiek przeszkoda zdoła mnie zatrzymać. Otóż w życiu nie chodzi o to aby przetrwać burzę, lecz aby nauczyć się tańczyć w deszczu.

Moi znajomi stopniowo dostawali odmowy, odwoływali wyjazdy, grzebali żywcem swoje marzenia. Pierwszego lipca przyszedł czas na i mnie, dostałam wiadomość, że wyjazd prawdopodobnie się odbędzie, miałam więc być gotowa do wylotu. Tydzień później moja nadzieja została zmiażdżona z prędkością światła. Promyk nadziei został zgaszony nie po to, aby mnie zniszczyć lecz po to, aby wzniecić żar mojej duszy. To był czas aby chwycić los we własne ręce i wreszcie działać. Wiedziałam, że teraz albo nigdy! Przeszukiwałam czeluści internetu, dzwoniłam, pisałam, uruchomiłam nawet kontakty w Stanach Zjednoczonych tylko po to aby gdzieś wyjechać. Koleżanka mieszkająca w USA znała rodzinkę z Hiszpanii która potrzebowała Au Pair. Ale czy ja na pewno znów chciałam to robić? Czy aby na pewno chciałam pakować się z butami do obcej rodzinki tylko po to aby przeżyć kolejną szkołę życia? Byłam przekonana, że tak aż do pewnego momentu kiedy to rzeczywistość ponownie postanowiła mnie przeżuć i niemiłosiernie wypluć. Wariacko ścigałam przeznaczenie nie wiedząc, że ono samo mnie znajdzie. Tak też się stało kiedy tylko otworzyłam wiadomość od koleżanki która dziwnym trafem postanowiła wysłać mi ofertę wolontariatu. Moją uwagę przykuła oferta we Włoszech. Hmm… piękny kraj, wspaniała kultura i cudowne jedzenie. Do tego kolejna możliwości wzbogacenia swojego doświadczenia, podszkolenia języka i zdobycia nowych przyjaciół. Zagłębiając się bardziej w istotę tematu odkryłam jeszcze więcej ofert na które stopniowo aplikowałam. Kilka pytań, krótka ankieta i czerwona głowa pełna najskrytszych marzeń związanych już teraz z kolejnym wyjazdem. Po niecałym miesiącu otrzymałam e-mail który ponownie nakręcił pozytywkę mojego szalonego umysłu marzyciela. Dostałam, dostałam szansę od życia! Lecę do Portugali!

WITAMY W FAROLAND 

Podróż była długa, ekscytująca i niezbyt komfortowa, gdyż jak to przystało na ‘’Covidowe’’ czasy trzeba było uważać na każdym kroku. Dodatkowo nie mogłam rozstać się z moją maseczką no ale cóż siła wyższa jak to mówią. Tak czy tak zaistniała sytuacja nie mogła zniszczyć dzikich marzeń młodego podróżnika, a więc jakoś wytrwałam. Do Faro przyleciałam o północy i byłam wykończona. Jorge odebrał mnie z lotniska i już wiedziałam, że trafiłam w dobre ręce. Mój nowy szef był przyjazny, pozytywny i bardzo wyrozumiały. Z lotniska zabrał mnie prosto do mojej cudownej Portugalskiej host rodzinki, która przywitała mnie cieplej niż oczekiwałam. Białe drzwi mieszkania otworzył mokry nos białego psiaka który w ułamku sekundy zdobył moje serce. Hostka uderzyła mnie promiennym uśmiechem którego nie zapomnę do końca życia. Kochana osoba i przecudowna silna kobieta która stała się dla mnie wzorem do naśladowania. Nazajutrz miałam poznać słynną ekipę z biura z którą miałam spędzić kolejne dni tego ekscytującego miesiąca. Kiedy odespałam długi i wyczerpujący lot napisałam do szefa organizacji goszczącej czyli Jorga, który z promiennym uśmiechem na twarzy odebrał mnie z mieszkania. Nadeszła wiekopomna chwila i w końcu poznałam  pierwszego członka załogi. Z godziny na godzinę w burze pojawiało się coraz to więcej wolontariuszy i właśnie w taki też sposób poznałam całą resztę ekipy. Jeszcze wtedy nie wiedziałam, że to właśnie dzięki nim każdy dzień spędzony w Faro będę wspominać z wypiekami na twarzy.

ZŁAM PIÓRO NA SZCZĘŚCIE

Być Panem własnej powieści to być kowalem własnej twórczości! Uwielbiałam tworzyć, kochałam pisać, a jeszcze bardziej uwielbiałam świat który sama tworzyłam. Człowiek czasami nie zdaje sobie sprawy z tego jak wiele jest wstanie zrobić i jak bardzo jest w stanie wpłynąć na ten przeogromny i inspirujący świat, w którym przyszło nam wszystkim żyć. Już pierwszego dnia pracy dowiedziałam się jakie będą moje obowiązki. Jestem przekonana, że w momencie otrzymania tej informacji moja twarz ewidentnie eksplodowała aurą szczęścia i satysfakcji, czego nie sposób było nie zauważyć. Krótko mówiąc powierzono mi pisanie artykułów, przygotowywanie transkrypcji oraz poprawne spisywanie wywiadów będących w surowym stanie. Jako, iż kocham język angielski oraz tłumaczenia owe zadania były dla mnie nie małym powodem do radości. Tak też z dnia na dzień moje rzemiosło bogaciło stronę internetową naszej Portugalskiej organizacji, a ja z dnia na dzień dawałam coraz to większy upust mojej kreatywności.

PODRÓŻE, ZNAJOMI, WIECZORNE BAJLANDO

Prócz przeogromnego bagażu wiedzy i doświadczenia z Portugalii przywiozłam również ogrom platonicznych przyjaźni. Cudowni ludzie z którymi miałam okazję pracować, zwiedzać i żyć na zawsze pozostaną w moim sercu. Myślę, że przygoda którą dano mi przeżyć zmieniła mnie nieodwracalnie i namacalnie. Miejsca które zobaczyłam, ludzie których poznałam nauczyli mnie więcej niż mogłam przypuszczać. Była to obopólna wymiana doświadczeń, nauk i wartości. Lekcja życia którą dostałam zostawiła wieczny ślad w moim dzikim sercu które ostatecznie zostało oswojone.

PODZIĘKOWANIA OD AUTORA:

Na koniec chciałam bym serdecznie podziękować wszystkim dobrym duszyczkom które w jakiś sposób przyczyniły się do mojego wyjazdu. Jestem niezmiernie wdzięczna za tak wspaniałe i bezcenne doświadczenie. Dziękuję!

Artykuł oraz prezentacja pochodzą od wolontariuszki, Klaudii Matery.