RELACJE WOLONTARIUSZY

O tym – jak prawie utonąłem podczas ataku dmuchanej kaczki

o tym - jak prawie utonąłem podczas ataku dmuchanej kaczki

O tym – jak prawie utonąłem podczas ataku dmuchanej kaczki to błyskotliwa relacja Mateusza z jego wakacyjnego wolontariatu w Czechach. Mateusz wziął udział w projekcie pt. Volunteering matters w organizacji SVČ Déčko Náchod przez okres dwóch wakacyjnych miesięcy roku 2020. 

Siemaneczko, mam na imię Mateusz i chciałbym wam opowiedzieć o tym, jak prawie utonąłem podczas ataku dmuchanej kaczki, tańczyłem boogie woogie w zalanej wodą kuchni, zostałem inwalidą robiąc za dinozaura i jeszcze o paru innych ciekawych przygodach… czyli o moim wyjeździe na wolontariat do Czech.

Miłe miłego początki

Wyjazd wolontariacki marzył mi się już od dawna. Uznałem, że żadna podróż nie da mi szansy wgryźć się w obca kulturę tak głęboko i poznać tak dużo ciekawych osób, jak właśnie wyjazd do pracy za granicę. Kierunek nie miał znaczenia – byle by wsiąść do pociągu byle jakiego, nie dbać o bagaż, nie dbać o bilet… no dobra, o zapas bielizny i książek na czarną godzinę zawsze trzeba zadbać, a jak nie zadbacie o bilecik to nici ze zwrotu hajsu za podróż… w każdym razie, gdy tylko restrykcje wirusowe zostały zniesione, zaaplikowałem na pierwszy projekt który wyskoczył mi na fejsbuczku – dwu miesięczny wyjazd do Nachodu, tuż przy granicy z Polską, do instytucji organizującej półkolonie i kolonie dla dzieci. I muszę wam powiedzieć, że był to strzał w dziesiątkę. Ale o tym za chwilę.

Po aplikacji, rozmowie skajpowej z pracownikami organizacji przyjmującej oraz wolontariuszką, która w tamtym momencie pracowała na miejscu, wypełnieniu niezbędnej papierologii i odbyciu wymaganych szkoleń zapakowałem się w samochód i wyruszyłem na spotkanie przygody. Przygody, która, jak się okazało, czekała na mnie około 4 godziny jazdy od rodzimej miejscowości – w takiej odległości znajdował się egzotyczny, malowniczy, czeski Nachod.

To mały krok dla Mateusza, ale wielki krok dla jego pewności siebie

Po przyjeździe na miejsce i przywitaniu przez pracownika organizacji przyjmującej SVC Decko dopadło mnie lekkie zdziwko – jak to tak, obcy kraj a wszystko takie podobne do Polski, nawet język brzmi jak daleki kuzyn języka polskiego. Gdzie mój obiecany szok kulturowy?

I choć mojego upragnionego zdumienia nie doznałem, to w zamian doświadczyłem stresu związanego z przenosinami do zupełnie nowego miejsca. Na szczęście szybko poznałem przesympatycznych współlokatorów – Francuza Viktora, Niemkę Laurę i Polkę Kasię. Nazajutrz odbyłem pierwszy spacer po urokliwym miasteczku i zapoznałem się z resztą wolontariuszy z całej Europy(Zdjęcie nr.1), oraz załogą organizacji Decko Nachod. Razem z nowymi znajomymi spróbowałem tutejszych przysmaków – rzezanego piwa i schabowego podawanego z uwielbianym od miasta Aš po Ostrawę knedlikiem.

Mój pierwszy tydzień w nowym kraju zakończył się spacerem po okolicznych lasach(Zdjęcie nr.2), wycieczką do pałacu niedaleko Nachodu (mam wrażenie, że co drugie miasto i wieś w Czechach ma jakiś zamek lub pałac, wszęęędzie tego pełno) (Zdjęcie nr.3,4) i imprezą w jednym z kilkunastu miejskich pubów. Tak właśnie robi się konkretne inauguracje projektów <3. A stres związany z wyjazdem do nowego miejsca? Gdzieś po drodze niezauważalnie się ulotnił.

A potem poleciało już z górki

W drugim tygodniu zaczęła już się konkretna praca – umowa wolontariacka zakazuje przekazywania całkowitej odpowiedzialności za dzieci wolontariuszom, dlatego w trakcie tych dwóch miesięcy przerobiłem całą paletę pomocniczych zadań – od szorowania garów, przez wcielanie się w Pocahontas  i dinozaury (okazuje się, że chyba nie byłem wystarczająco strasznym dinozaurem skoro w 9/10 przypadkach dzieci wskakiwały mi na barana i kazały się nosić…) po zaprojektowanie i poprowadzenie wespół z czeskimi pracownikami lekcji angielskiego. Wykonywałem także sporo prac kreatywnych takich jak stworzenie projektów graficzne dyplomów i nagród dla dzieciaków, wymyślenie gier i zabaw, które zajęły dziecka wystarczająco długo, by współpracownicy zdążyli naszykować drugie śniadanie dla małych rozbójników czy wreszcie zorganizowanie tematycznych warsztatów rękodzielniczych. Organizacja zawsze brała pod uwagę moje pomysły oraz dawała wybór, jakie zadania chcę wykonywać. Wisienką na torcie była możliwość pracy w mieszanych zespołach – złożonych głównie z czeskich pracowników, ale również wolontariuszy z innych krajów.

Nie samą pracą człowiek żyje

Oczywiście wyjeżdżając na projekt liczyłem nie tylko na ciekawe, różnorodne zadania, ale także na przeżyciu przygód, małych i dużych, oraz na zawarcie cudownych znajomości. Przytaczając kilka z nich:

– podczas zorganizowanego przez czeskiego kolegę basen party zostałem zmaltretowany przez wielką dmuchaną kaczkę do pływania, z którą w niewielkim basenie postanowił siłować się zaprzyjaźniony Bawarczyk. Od tego czasu nie wchodzę już do wody z kaczkami…

– spacerując po okalającym miasto lesie trafiliśmy na restaurację, w której akurat odbywał się koncert jazzowy. Naszego leśnego pląsania nikt nam już nie zabierze…

– zostałem okrzyknięty mistrzem pokemon jednego z obozów, kiedy to dzieciaki zobaczyły, że mam 35 poziom w Pokemon Go. Po tym wydarzeniu każda gra w kalambury musiała obejmować pokemony a ja przekonałem się, że intensywny, trwający od najmłodszych lat trening mistrza pokemon nie pójdzie na marne…

– czekając w parku na dzieci grające w grę miejską spotkałem starszego Pana, z którym wdaliśmy się w rozmowę na temat sztuki, kobiet i kultury. A, prawie zapomniałbym wspomnieć, że byłem przebrany za przystojną wiedźmę (Zdjęcie nr.5), a Pan artysta nawet się nie uśmiechnął, gdy mnie zobaczył? Wygląda na to, że wiedźmy z brodami to w tamtej okolicy norma…

– jak to na wyjeździe bywa – zdarzały się awarie na mieszkaniu. Raz nie zauważywszy, że zlew całkiem się zapchał postanowiłem uruchomić pralkę i pójść na spacer. Po powrocie już czekała na mnie rozlana, gorąca, pachnąca kąpiel w kuchni, gdzie pralka miała przyjemność stać. I tak oto z mopem w ręce, klapkami na nogach i „Boogie Wonderland” w słuchawkach przetańczyłem w kuchni całe popołudnie – grunt to pozytywne nastawienie

Wszystko dobre, co się dobrze kończy

Mówiąc szczerze – był to mój pierwszy tak daleki wyjazd zagraniczny i to na tak długi czas, przez co trochę obawiałem się jak sobie poradzę. Czy w ogóle zaaklimatyzuję się w obcym mieście, przyjeżdżając całkiem sam bez żadnych znajomych?  Jak poradzę sobie bez znajomości języka? Czy uporam się z nowymi obowiązkami? Okazuje się, że często nie doceniamy własnych możliwości! Zwykły uśmiech i podanie pomocnej dłoni do współpracownika daje nam szansę na nawiązanie przyjaźni, łamanym migowo-polsko-angielsko-marsjańskim jesteśmy w stanie załatwić zadziwiająco sporo spraw, a robiąc krok za krokiem poza strefę komfortu krok za krokiem ją poszerzamy.

Wyjazd do Czech był strzałem w dziesiątkę, bo pozwolił mi zasmakować, na czym polegają projekty wolontariackie w kraju obcym, ale jednak bardzo podobnym do mojego. Małe rzeczy, takie jak podobny język, świadomość, że rodzimy kraj jest niedaleko, czy czeski temperament współpracowników, o dziwo bardzo podobny do naszego, niejednokrotnie dodawały mi odwagi, gdy stawiałem czoła nowym wyzwaniom. Uzbrojony w nowe doświadczenia i wspaniałe wspomnienia celuję teraz w udział w projekcie zdecydowanie dalej od domu – moim marzeniem jest obecnie Hiszpania.

Jeśli Wy również jesteście zainteresowani zagranicznym wolontariatem, ale tak jak ja kiedyś macie wciąż obawy przed wyjazdem – gorąco polecam projekty w Czechach. A z tymi was, którzy są nieustraszeni od zawsze i szukacie wrażeń – być może do zobaczenia w jakimś odległym, ciekawym kraju.

 

Autor tekstu i zdjęć:  Mateusz Rączka